poniedziałek, 15 listopada 2010

!!!

Dessa - A Badly Broken Code

Surprisingly, there are some non-Polish speaking people out there who follow this BlogSpot. That leaves me with no other choice than to take pains of trying to channel my thoughts with my repugnantly poor English (rather Engrish in my case) skills. Unfortunately for Dessa, besides the fact that I'm insolently stealing and uploading her "intellectual property", her debut album is going to be my first lab mice in this aberrant lingual experiment. So while I'll be committing this brutal rape upon your aesthetic taste, take into account that this is simply a good album. It is definitely worth checking out and its price.
As I've stated above that this is Dessa's debut. It is just in its principle stages. As a part of Doomtree hip-hop collective, she had a chance to enrich verses of her mother-hh-squad or P.O.S.'s last solo album. To me, her participation in those two projects was invaluable and when the gossip about her album was released ambushed my ears I was deliriously curious. Nevertheless, this record surprised me to the fullest extent. It's nothing close to Doomtree (even though she received assistance on the album's production from Otter, Lazerbeak and MK Larada). I'm not even sure that I can evaluate this album in hip-hop category because Dessa is not bonded to conventions. She smoothly manages to juggle with different styles from heart melting way of singing (which at some parts reminds me of classic Bristol's trip-hop acts) to subtle ear-membrane drilling rap flow. Her voice wrapped in warm, melancholic scarf of guitar and cello sounds creates a very intimate atmosphere here. I have to mention that I totally buy this "fuck standards" attitude. This is a sensual, feminine, poetic album - not street dirt, bling-bling and chest hair here. It is a piece of personal, narrative, audile cardiac-surgery record.

Dessa - A Badly Broken Code

wtorek, 9 listopada 2010

Swans - My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky

After a fourteen year hiatus, Swans recently released My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky in September. This overdue album is hands down one of the best released titles we have seen this year. To quote A.V. Club’s review – this album “resembles all of the Swans’ previous work, yet none of it.”

In this album, Michael Gira rips us from our homes, communities, society, and life and places us into a further, distant dimension. In this dimension we are faced with questions of the life beyond us as Gira explores death and ascension through heavily spiritual themes. In an interview he states that his goal in creating music is “to elevate, to make you levitate, almost having it erase your body and lift you up to Heaven” - which he successfully does in a hauntingly monolithic, melancholy manner as he takes us through this journey.

If you are looking for a transcendental trip, turn on My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky. Take the journey with the Swans. Explore your deepest realities through the hypnotic aggressive, electronic avant-garde post-punk experimental world.

Must listen to track: “You Fucking People Make Me Sick”

Swans - My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky

Beefcake - Drei

Jestem ograniczonym bucem i z reguły ciężko mi przyswoić płyty z jednym kawałkiem trwającym ponad godzinę. W tym przypadku mamy do czynienia z 78 minutowym miksem IDM'u, ambientu, trip-hopu, muzyki do windy, połamanego drum-n-bass, krypto-orkiestralnych partii które spokojnie sprawdzałyby się jako soundtrack do filmu i cholera wie czego jeszcze. No i tutaj tkwi moc tego albumu i powód dla którego jestem w stanie dotrwać do końca tej płyty z bananem na mordzie. Tu ciągle coś się dynamicznie zmienia. Pierwsze odpalenie tego tytułu jest jak kiranie eteru dietylowego, oglądając filmy Lynch'a. Nie wiadomo co się dzieję, ale klimat jest czadowy. Volker Kahl ( znany także jako Kattoo, którego solowe albumy pewnie tu kiedyś wrzucę ) i Gabor Schablitzki są wszechstronni. Gładko lawirują między różnymi stylistykami (i perfekcyjnie żonglują nastrojami) jednocześnie każdą z nich eksploatując zawsze na wysokim poziomie.
Ten album wrzucam specjalnie dla monsieur Jeborga. Mam nadzieje że Beefcake "Drei" będzie towarzyszył Ci w Twojej nieustającej homoseksualnej odyseji. : *

Beefcake - Drei

poniedziałek, 8 listopada 2010

!!



by Mara Patagońska ( Olszeska )

Scorn - Refuse; Start Fires

Jak na moje ucho ten album powinien nosić tytuł "Stacja uzdatniania Ziemii z życia". Jeśli M. Harris'a ogarnia kryzys wieku średniego, a ten album jest tego zwiastunem to pozostaję tylko czekać aż chłop wyjdzie na ulicę z wiadrem broni palnej. "Refuse; Start Fires" to ciężki dub'owy muzyczny pakiet do precyzyjnej i wykalkulowanej eksterminacji WSZYSTKICH. Podobnie jak na poprzednim albumie "Stealth" jest tu dubstep i czego nie było do tej pory - żywa perkusja. Napisałem "dubstep", ale w pojęciu Harrisa to nie jest muzyka dla przećpanych, szalonych gimnazjalnych pokraków wyginających się na parkiecie do modnych dźwięczków. W jego rozumieniu to ciężki infra bass klejący się do ucha jak ropa z rany do której wdała się gangrena. Napisałem o "żywej perkusji", a brzmi to jak odhumanizowane, jednostajne nadawanie rytmu pracy w fabryce utylizacji ludzi. W takiej fabryce, gdzie za echo odgłosów pracy robi ambientowa projekcja najbardziej pojebanego koszmaru. Jeśli szukasz przyjemnych melodii, nu-jazzowych inklinacji i tempa do tańca po paru kreskach spida możesz spierdalać. Nie ma tu nic co by mogło sugerować że ten album zrobił człowiek (a przynajmniej nie zrównoważony). 100% wyrachowanego hejtu, oszczędności w formie i chłodu jak w syberyjskim gułagu.

Scorn - Refuse; Start Fires

piątek, 5 listopada 2010

Jay Munly - Munly & The Lee Lewis Harlots


Jeśli spotkałbym siebie sprzed paru lat i powiedział swojemu przeszłemu "JA" że zacznie słuchać country, prawdopodobnie dostałbym po mordzie. Owszem, pojebało mnie na tyle że wrzucam na tego blogspot'a płytę z gatunku country. Munly jest nietuzinkowym muzykiem i zakopał 6 stóp pod ziemią moje wszystkie dotychczasowe, stereotypowe skojarzenia z tym gatunkiem ( np. przywiązywanie murzyna do pick-up'a i ciągnięcie go 5 km po żwirówce z pasażerem na pace grającym na banjo ). Żeby być bardziej precyzyjnym, to właściwie jest alt country wymieszane z goth rockiem. Ten mikro podgatunek dorobił się nawet własnej nazwy tj. Gothic Americana. Zdaję sobie sprawę że brzmi to okropnie i sam dźwięk tych dwóch słów wizualizuje redneck'a z gnojem pod paznokciami, który w chlewie kotłuje się z świnią próbując przebrać ją w ażurową koszulę i gotycką suknie marki Janett z rockmetal shopu. Właściwie to coś jest na rzeczy. Ten album ma właśnie atmosferę patologicznego, mrocznego prowincjonalnego chamerykańskiego miasteczka. Takiego w pobliżu którego 50 lat temu wykonywano próby termojądrowe.
Tradycyjne granie, ale dzikie i natchnione. Ponure, czasami trącające kozim serem, bimbrem i słomą, ale nie wpadające w groteskę. Szczególnie partie smyków i ultraniski wokal Jay'a powoduje że mam ochotę chwycić za flaszkę podłego bimbru, żuć źdźbło trawy i wyciskać farsz z kluchy na dyskografie Bauhaus. Nic na tej płycie nie jest przewidywalne. Dodam że wydawcą Munley'a jest sam Jello Biafra. No i tetryk podsumował jego muzykę wyjątkowo trafnie.

"Munly to gość, który powinien grać w knajpie, w której będziemy siedzieć, gdy świat będzie się kończyć"

-----

Dzisiaj kochani przyswoimy sobie literkę "z". Sierżant Mendoza wystraszył by się w tej chwili ale nic to, jebać go. Wracamy do alfabetu - "Z" jak zaskoczenie! Tak więc.. siedzi sobie człowiek, brandzluje się przy facebook'u i innym badziewiu, w życiu nie podejrzewając że będzie zaskoczony z zaskoczenia. Z do sześcianu. Wyobraźcie sobie musical country w reżyserii Tima Burtona gdzie aktu "anal thunder" dokonują na przemian Cash z Zimmermanem. Zaskoczeni? Ten dziwny twór chwyta za jądra, mocno trzyma i prowadza to w górę, to w dół jak w Prince of the rodeo! Tak, takie to skoczne choć i znajdzie się tu moment wytchnienia którego by się sam Gira nie powstydził. Tak więc - muzyczka do zabawy? Jay Munly! Coś na stypę? Jay Munly! Chcesz postraszyć dzieciaka bo patent z czarownica wydaje Ci się wyświechtany? Jay Munly! Jeszcze jakieś pytanie? Jay Munly!
Tak więc z Kanady przez Denver, dziurą w dupie wprost do Waszych serc - Munly i jego nałożnice!

autor: xpres

Jay Munly - Munly & The Lee Lewis Harlots